Uczestnicy DOKSAN project

Relacje uczestników DOKSAN Project, indywidualne korzyści:


Maciej Przepiera

Dlaczego Zen? W wieku trzydziestu kilku lat byłem człowiekiem słabym, niedojrzałym, z całą pewnością dalekim od dorosłości. Taka moja konstrukcja skutkowała adekwatnymi do niej życiowymi decyzjami, które zaprowadziły mnie do miejsca zwanego różnie; ślepą uliczką, skrajem przepaści, dnem. Nagle okazało się, że mam tylko jeden wybór, dokonać zdecydowanej zmiany albo...

Na szczęścia znalazłem dość siły na życiowy zwrot. Czasem myślę, że w jakiś sposób, być może brutalny i bolesny, sam to wyreżyserowałem. A może życie podjęło taką decyzję? Gdybym nie sytuacja, w jakiej się znalazłem, błąkając się szarymi uliczkami życia, w bezpiecznej odległości od przepaści, czy dna, dotarłbym do samego końca. Wszak nie przepadałem za zmianami, bałem się ich. Tak bardzo, że nie pozwalałem zaistnieć ani jednej myśli na ten temat. Pokonując opory poddałem się psychoterapii. Z dystansem, ale w miarę poznawania siebie, z coraz większym entuzjazmem, zacząłem uczestniczyć w intensywnej terapii grupowej. Budowałem się od podstaw. Nie było to łatwe, często bolesne, a zarazem fascynujące. Aż przyszedł moment, gdy poczułem, że w ten sposób zbuduję się wewnętrznie, ale nie dotrę do ważnych miejsc. Nie wiedziałem, co to za miejsca, gdzie są, jak wyglądają, co mają do zaoferowania. Kompletnie niczego nie wiedziałem, a jednak miałem pewność, że muszę coś zrobić, bo choćbym do końca życia uczestniczył w terapii coś mi umknie. Mój przyjaciel zaczął jeździć na praktyki Zen. Opowiadał o tym, ale nie wywoływało to mojego żywszego zainteresowania. Aż przyszedł czas, gdy poprosiłem, aby pokazał mi jak medytować. Posiedziałem rundę, może dwie. Czytałem też wtedy książkę Ericha Fromma, Psychanaliza a buddyzm Zen. Powiadają, że nauczyciel pojawia się, gdy uczeń jest gotowy. Moje doświadczenie życiowe mówi mi, że owa prawda odnosi się również do książek. Czasem jest tak, że spotykam książkę, która wstrząśnie mną do głębi. Ta mną wstrząsnęła tak, że przyjaciel spokoju nie miał, dopóki nie zostało potwierdzone moje uczestnictwo w kolejnym siedmiodniowym seshin medytacyjnym sangi. Pierwsze seshin, na które pojechałem kompletnie nieprzygotowany, było niezwykle ciężkie. Jednak miałem niewzruszoną pewność, iż robię coś ważnego, może najważniejszego w swoim życiu. To pozwoliło mi przetrwać. To coś, ta wewnętrzna pewność mobilizuje mnie do praktyki od dziesięciu lat.

Oczywiście przychodzą chwile zwątpienia. Pojawia się zniechęcenie. Czasem zwycięża zwykłe lenistwo. Wiem jednak, że nie ma innej drogi. Pierwszy raz odkryłem coś, co będzie mi towarzyszyło zawsze. Bo tak to jest, gdy celem jest droga.

Czym skutkuje praktyka w moim życiu? Praktyka Zen to nie tylko siedmiodniowe odosobnienia dwa, trzy razy w roku. To także medytacja codzienna. To jedyny sposób, jaki znam, aby w coraz szybciej pędzącej rzeczywistości zachować spokój. Dzięki praktyce staję się stabilniejszy wewnątrz siebie. Coraz mniej zdarzeń wywołuje drgania przejawiające się stresem, czy wybuchem emocji. Zachowując czystość umysłu staję się lepszym człowiekiem dla siebie, dla innych, dla wszystkiego, co mnie otacza. Wtedy jestem zdolny doświadczać głęboką miłość, wdzięczność, czy współczucie. Mogę się tym podzielić, co bardzo poprawia moje relacje z innymi.

Jestem inżynierem, zawsze uważałem, że najważniejszy jest ścisły, precyzyjny, mocno osadzony w materialnej rzeczywistości umysł. Dzięki praktyce uświadomiłem sobie, że otaczający mnie ludzie, cała rzeczywistość, przede wszystkim odczuwa, nie wymyśla. Ludzie, wszystkie istoty, znakomicie rozróżniają czy moje uczucia płyną z głębi serca, czy podyktowane są wymyśleniem, że tak powinienem się zachować w danej sytuacji. I tylko te pierwsze budzą autentyczną wzajemność i szacunek.

Mógłbym długo pisać o tym, co daje mi praktyka, tyle tego jest. A z drugiej strony przecież nic mi nie daje, bo to wszystko jest we mnie od zawsze.

Są chwile, gdy praktykuję intensywnie. Są wszakże i takie, gdy jestem słabszy, mniej zmotywowany, bardziej leniwy, praktykuję mniej. Przeszedłem taki cykl wiele razy, a efekt jest zawsze taki sam. Nagle coraz mniej mi się układa. Problemy zaczynają się mnożyć niczym bakterie i nijak nie dają się rozwiązać. Czuję rosnące napięcie. Pojawia się rozdrażnienie. Zdarza mi się być nieprzyjemnym dla siebie i dla innych. Ogarnia mnie zniechęcenie, poczucie bezsilności, a nawet bezsensu. W skrajnych przypadkach coś mi w mieszkaniu leci z rąk. Rozsypuję na podłodze w kuchni ziarna pieprzu albo cukier. Wypada mi z dłoni talerz, kubek, czy szklanka. Tracę uważność, wtedy jestem już pewny, że nie jest dobrze, że trzeba koniecznie usiąść uspokajać umysł.

Aż przychodzi dzień, w którym przestaję myśleć o działaniu tylko działałam. Przestaję myśleć o życiu tylko żyję. Dzień, w którym spoglądając na rosnące przed domem drzewo czuję wypełniające mnie szczęście, bo znów widzę je takim, jakie ono jest naprawdę.

Maciej Przepiera